Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Mirosław Breguła: Padł ofiarą własnych demonów

Mirosław Breguła (†43 l.) całe życie cierpiał na „chorobę uczuć” – był nadwrażliwy, niespełniony, nieprzystosowany. W końcu zdecydował się na desperacki krok...

"Od półtora roku niczego nie napisałem. Od trzech lat nie pamiętam dnia, kiedy bym nie pił. Jestem na dnie" – mówił Mirosław Breguła , lider zespołu Universe, w swoim ostatnim wywiadzie udzielonym cztery miesiące przed śmiercią. 

Reklama

Muzyk przez ponad dwadzieścia lat zmagał się z uzależnieniem od alkoholu. 

"Nie ma innych słów jak to, co znamy wszyscy: to jest naprawdę choroba uczuć" – tak definiował swój problem.

I choć wiele razy podejmował próby wyjścia z nałogu, nie udało mu się z nim wygrać...

Być może przyczyny wielkiego cierpienia artysty leżą w jego dzieciństwie.

Gdy miał zaledwie sześć lat, jego matka zmarła na białaczkę. To był początek koszmaru. Ojciec Mirosława szalał z rozpaczy. Potrafił przez kilka dni z rzędu pić i nie zajmować się dzieckiem, a głodny Mirek, mimo zakazu, uciekał do dziadków. 

"Ukrywałem to, ale pewnego razu babcia nieopatrznie zacerowała mi dziurę w spodniach i tata to zobaczył" – opowiadał piosenkarz.

Za karę pobił syna tak dotkliwie, że na cztery miesiące trafił do szpitala. Opiekę nad dziewięcioletnim wnukiem przejęli dziadkowie. To właśnie dziadek zauważył u niego talent muzyczny. 

"Nauczył mnie masy niemieckich piosenek, a że jestem ze Śląska, to były one idealnym materiałem na środowe przedstawienia w Klubie Emerytów w Chorzowie. Takim oto sposobem Miruś Breguła lat dziewięć stał się cudownym dzieckiem Chorzowa śpiewającym niemieckie „szlagry” typu: „Wenn du noch eine Mutter hast” albo „Ich bau dir ein Schloss” – opowiadał muzyk w rozmowie z Ewą Sobkowicz.

Próbował się podnieść

Pewnego dnia Breguła wyczytał w gazecie, że w Katowicach tworzy się Studio Piosenki. Postanowił pojechać z własnymi kompozycjami i właśnie tam poznał Henryka Czicha, z którym w 1983 r. założył grupę Universe. 

Nazwa wzięła się od piosenki Johna Lennona, którego twórczością piosenkarz był zafascynowany.

Jeszcze w tym samym roku zespół dostał nagrodę na festiwalu w Opolu. Poruszająca ballada „Mr. Lennon” stała się hitem, a Breguła z dnia na dzień został gwiazdą, którą wcale się  nie czuł. 

To właśnie wtedy zaczęły się jego problemy z alkoholem. 

"Po roku, dwóch latach picia było już bardzo źle" – opowiadał gwiazdor. 

Zaczął chodzić na mityngi do AA i Ośrodka Leczenia Odwykowego w Katowicach, ale nie traktował tych spotkań poważnie. Na terapię zapisał się dopiero pod wpływem żony. 

"Pamiętam moment tej decyzji. To było wtedy, gdy po raz pierwszy podniosłem rękę na Lidkę. Pierwszy i ostatni. Wtedy dotarło do mnie, że coś jest nie OK" – tłumaczył.

Po leczeniu przez 9 lat nie wziął do ust alkoholu. Koncertował, tworzył nowe kompozycje, zajmował się dziećmi. 

"Prywatnie jestem jednym z najszczęśliwszych ludzi na świecie, mam dwóch wspaniałych synów, strasznie zazdrosną, ale cudowną żonę, mam gdzie mieszkać, robię to, co lubię i jeszcze mi za to płacą, więc nie może być lepszej sytuacji" – zwierzał się. 

Dlatego trudno mu było zrozumieć, że jego małżeństwo rozpadło się wtedy, gdy nie pił. Po rozwodzie wrócił do nałogu. Nie potrafił odnaleźć sensu życia.

Z roku na rok było już tylko gorzej. Zdarzało się, że odwoływał koncerty, bo nie dałby rady wejść na scenę. 

"Koledzy przychodzą, odnajdują mnie w knajpach i mają ochotę dać mi w ryj, gdy słyszą: 'Chłopcy, napiszcie, że jestem chory. Dzisiaj nie zagramy'.  Wiele razy padają hasła: 'Bregułka, weź, zrób coś ze sobą'. Ale to śmieszne" – opowiadał lider Universe w swoim ostatnim wywiadzie.

W 2007 r. Mirosław był w fatalnej kondycji psychicznej. Rok wcześniej dowiedział się, że ma raka krtani. Pił na umór, brał silne leki przeciwbólowe, nie widział sensu tworzenia. 

"Mógłbym napisać jeszcze siedemdziesiąt wartościowych piosenek, a i tak ludzie będą zawsze śpiewali „W taką ciszę”, „Głupia żaba”, „Mr. Lennon” i tak dalej. W jakim celu pisać następne rzeczy? Robię to 25 lat zawodowo. Może się odechcieć" – skarżył się.

Ostatnie „przepraszam”

W listopadzie 2007 r. Breguła trafił do szpitala, gdzie miał zaplanowaną operację kolana. Wyszedł jednak na przepustkę, z której nie wrócił. 

Wiszącego na klatce schodowej przed drzwiami swojego mieszkania artystę odnalazł jeden z sąsiadów.

Być może do ostatniej chwili liczył na to, że ktoś go powstrzyma...

"Przepraszam' – to najgłupsze słowo, jakie mogę napisać. Przepraszam, nie chciałem tak żyć..." – wyznał w pożegnalnym liście do rodziny.

Został pochowany na cmentarzu przy kościele pw. świętej Marii Magdaleny w Chorzowie Starym. Na pogrzeb przyszło 5 tysięcy osób. Fani do dziś zapalają znicze na jego grobie i przynoszą kwiaty.

***


Na żywo

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Beata Breguła

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje