Przejdź na stronę główną Interia.pl

Reklama

Reklama

Przejdź na stronę główną Interia.pl

Krystyna Loska nie dorobiła się na telewizji. Ma głodową emeryturę

Krystyna Loska (79 l.) w TVP zarabiała poniżej średniej krajowej. Z własnej kieszeni musiała kupować odzież. By mieć na fryzjerkę czy kosmetyczkę, brała dodatkowe dyżury. Bycie telewizyjną gwiazdą w PRL-u nie było łatwe. Teraz, na emeryturze, także liczy każdy grosz.

Od dziecka zwracała na siebie uwagę. Mówiono o niej, że jest w czepku urodzona. Krysia Szostak, bo tak Krystyna Loska nazywała się jako panna, wyróżniała się urodą: twarz aniołka, długie blond włosy, chochliki w oczach. Grała na akordeonie i pięknie śpiewała. Wszyscy prorokowali, że pójdzie do szkoły aktorskiej. Ona tymczasem myślała o... klasztorze! I to bardzo poważnie.

Reklama

- Był to efekt uboczny mojego pobytu w szpitalu - tłumaczy. - Opiekowały się tam mną siostry zakonne.

W końcu młodziutka Krysia poszła na studia do krakowskiej szkoły teatralnej. Na egzaminie wstępnym miała zagrać przed komisją randkę. Partnerował jej sam Gustaw Holoubek, przewodniczący komisji. - Zapamiętałam jego wnikliwe spojrzenie - wspomina pani Krystyna. - Już po latach w Warszawie, gdy byliśmy sąsiadami, przypomniałam mu, że pięknie zagrał. W odpowiedzi popatrzył wymownie i zażartował: "Sprawdzałem, czy nie masz zeza".

Podczas studiów zauważono jej niezwykłą umiejętność: pamięć wzrokową, która potem bardzo się jej przydała w pracy spikerki, kiedy szybko trzeba było wyrecytować przed kamerą jakiś komunikat. Ale jak w ogóle trafiła do telewizji?

- Mój ojciec często mi powtarzał, że z moim spokojnym charakterem nie nadaję się do pracy w teatrze, bo tam trzeba się rozpychać łokciami - wspomina pani Krystyna. - I kiedy w naszym domu pojawił się telewizor, tato stwierdził, że najchętniej widziałby mnie na takim ekranie. Zapadło mi to w pamięci, więc kiedy nadarzyła się okazja pracy w telewizji, postanowiłam spróbować.

Do pracy w katowickiej telewizji jeszcze w czasie studiów aktorskich ściągnął ją kolega. Na ekranie pojawiła się w czerwcu 1961 roku. Przez 2 lata była lektorem, potem prowadziła 15-minutowy program informacyjny "Idzie młodość". Praca ta sprawiała jej ogromną przyjemność. Po raz pierwszy jako spikerka wystąpiła w zastępstwie chorego kolegi Józefa Kopacza. Niemal z marszu znalazła się przed okiem kamery i zadziwiła wszystkich. - Mój szef po tym występie powiedział: Ależ ona jest dobra!

Pamięć wzrokowa bardzo się jej wtedy przydała... Kiedy już myślała, że w Katowicach będzie tkwiła do emerytury, nastąpiła zmiana. Na początku epoki gierkowskiej dostała propozycję przejścia do Warszawy, do tworzonej z rozmachem przez legendarnego prezesa Macieja Szczepańskiego nowoczesnej telewizji.

Plotkowano, że ten nieformalny awans do stolicy spowodowany był tym, że pierwszy sekretarz miał do niej słabość. - Znałam te plotki, ale prawda była inna - opowiada pani Krystyna. - Do Warszawy przyszłam nie za Gierkiem, tylko za mężem, który dostał tu pracę.

Henryk Loska (†83) był inżynierem górnikiem. Przez lata pracował w śląskich kopalniach. Do Warszawy ściągnięto go do Państwowej Rady Górnictwa. Ale ludzie i tak wiedzieli swoje.

Mimo wielu trudnych momentów tych lat spędzonych przy Woronicza nie zamieniłaby na nic innego. Tam było jej życie. Uroda, talent i profesjonalizm zaskarbiły jej sympatię widzów. Ale szczerze przyznaje, że na telewizji się nie dorobiła. Gdy zaczynała pracę w Katowicach, nie zapytała nawet: za ile?

- I tak właśnie było przez cały czas - przyznaje pani Krystyna. Zarabiała poniżej średniej krajowej. Z własnej kieszeni musiała kupować odzież. Dlatego brała dodatkowe dyżury, żeby mieć na fryzjerkę czy kosmetyczkę. Bycie telewizyjną gwiazdą w PRL-u nie wiązało się z przywilejami w postaci talonu na samochód czy przydziału na luksusowe mieszkanie.

- Czasem tylko łatwiej było dostać kilogram cukru, albo coś innego, równie wtedy atrakcyjnego i niedostępnego spod lady - wspomina. - Ale to nie jest ważne. Najważniejsze, że po 35 latach pracy pozostały miłe wspomnienia.

Od roku nie ma już przy niej ukochanego męża, z którym dzieliła wszystkie swoje radości i smutki, sukcesy i porażki. Od dawna nie ma też tej telewizji, którą ona znała jak nikt inny. Wszystko się zmieniło. Wygląda na to, że tacy wybitni profesjonaliści nie są już tam potrzebni...

W 1996 roku, po przejściu na emeryturę, pani Krystyna dalej była aktywna. Prowadziła koncerty, imprezy charytatywne, wyjeżdżała do USA na spotkania z Polonią. Sporadycznie pojawiała się w telewizji "Polonia", gdzie prowadziła program "Sentymentale", którego gośćmi byli aktorzy występujący w latach 60. w Teatrze Telewizji. Była też gospodynią programu "Archiwizja" w TVP Kultura.

- Cieszyłam się, że mogłam powspominać stare dzieje - mówi. Po kilku latach pojawiły się kłopoty ze zdrowiem. Nigdy nie odczuwała dolegliwości serca. Zawał w 1999 roku był dla niej kompletnym zaskoczeniem. W przeciwieństwie do innych gwiazd, długo odrzucała propozycje udziału w reklamach. Jednak z czasem coraz trudniej było utrzymać się ze skromnej emerytury.

- Teraz jest to tysiąc coś tam - mówi z żalem. - To moja wina, bo gdy byłam młoda nie myślałam, co będzie później. W 2011 roku przewróciła się w kuchni i złamała biodro. Przeszła skomplikowaną operację, a po niej bolesną rehabilitację. Niezbędne były drogie leki. Dlatego kiedy po roku stanęła na nogi, postanowiła skorzystać z propozycji reklamowych.

Za pierwszym razem polecała wietnamskie przyprawy, ale potem były już lepsze kontrakty, jak sieć komórkowa czy znana azjatycka firma produkująca telewizory. Ostatnio namawiano ją na napisanie wspomnień. Nie skorzystała i w dalszym ciągu nie zamierza zmieniać zdania.

- Przeczytałam kilka takich wspomnień moich młodszych koleżanek i kolegów. I od tamtej pory przeszła mi wszelka ochota na pisanie...

***

Zobacz więcej materiałów:

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje