Przejdź na stronę główną Interia.pl

Mariola Bojarska-Ferenc z mężem z dnia na dzień stracili cały majątek

Mariola Bojarska-Ferenc (56 l.) i jej mąż Ryszard są małżeństwem od ponad 25 lat, a mimo to wciąż potrafią się zaskakiwać, flirtować ze sobą. Oboje nigdy nie mieli wątpliwości, że dobrali się idealnie. Nie zawsze jednak w ich życiu było kolorowo. Kiedy osiągnęli pełnię szczęścia, nagle stracili cały dobytek życia.

- Chcesz być pewna, że kochasz mężczyznę? Wyobraź sobie, że wszystko stracił - podpowiada Mariola Bojarska-Ferenc innym kobietom w "Twoim Stylu". Ona też przetestowała tę zasadę. Nie musiała się zastanawiać, jakby to było. Na własnej skórze doświadczyła, co to znaczy stracić dobytek całego życia i zacząć wszystko od nowa.

Reklama

Gdy studiowała na AWF-ie, Paweł, tenisista, powiedział do swoich kolegów: "Ona za pół roku będzie moją żoną". - I tak się stało. A po ślubie błyskawicznie zaszłam w ciążę - wspomina dziennikarka. Radość nie trwała długo. W siódmym miesiącu trafiła do szpitala. - Ratować panią czy dziecko - usłyszałam podenerwowany głos lekarza.

Niebawem na świecie pojawił się ważący 1200 g Marcin. Synka udało się uratować, ale małżeństwa już nie. Uczucie nie przetrwało próby czasu, ale para rozstała się w przyjaźni. - Po ogłoszeniu wyroku płakaliśmy. Z żalu - dodaje sportsmenka.

Życie samotnej matki nie było Marioli pisane. Trzy dni po rozwodzie w jej życiu pojawił się wzięty architekt Ryszard Ferenc. - Nie zwróciłam na niego szczególnej uwagi, ale on na mnie tak. Zaczął dzwonić, zabiegać. Był inteligentny, dowcipny. Lubię takich mężczyzn - wspomina gwiazda. Gdy i on się rozwiódł, w 1991 r. wzięli ślub. Do pełni szczęścia brakowało im tylko wspólnego dziecka.

Kiedy narodził się wyczekiwany Aleks, omal nie oszaleli z radości. - A dwa dni później straciliśmy dom. Oszukał nas dobry znajomy męża. Byliśmy załamani - wyznaje ikona fitnessu. Wiedziała, że łzy nic tu nie pomogą. Było ciężko, ale nie zamierzała się poddać bez walki. Wzięła sprawy w swoje ręce i wkrótce dostała własny program w TVP. Mąż też nie siedział z założonymi rękami. Powoli zaczęli odbijać się od dna.

Po tym, co ich spotkało, wiedzą, że poradzą sobie w każdej sytuacji, bo mają siebie i swoje wsparcie. Oboje dobrze się rozumieją, może to zasługa wspólnych priorytetów - wiele lat temu postawili na rodzinę, świetnie wykształcili synów, mogą cieszyć się już wnukami.

- Przez te ponad pół wieku małżeństwa zrośliśmy się w jedno. Czytamy sobie w myślach, ale też się kłócimy. Były takie momenty, że zastanawialiśmy się, czy nasze małżeństwo przetrwa - zdradza kulisy rodzinnych kryzysów Bojarska-Ferenc. Temat rozwodu pojawił się w ich domu tylko raz i to w formie żartu. Było to wtedy, gdy mąż ofiarował jej fioletowe kwiaty, zapominając, że lubi wyłącznie białe.

Marioli i Ryszardowi udało się znaleźć receptę na szczęście we dwoje. - Małżeństwo to ogród, jeśli się nie podlewa kwiatków, to one usychają. Teraz kiedy synowie już z nami nie mieszkają, jest czas, który możemy poświęcić tylko sobie. Umawiamy się na randki - wyznaje gwiazda.

Przyznaje, że stara się być atrakcyjna dla męża. Używa dobrych kosmetyków, ćwiczy, dobrze się ubiera. - Kiedyś coś mi odbiło i włożyłam sukienkę do kolan. Mąż popatrzył i powiedział: "Mary coś ty ze sobą zrobiła? Wyglądasz jak stara baba". Bez słowa wróciłam do garderoby i założyłam mini. W mini jestem sobą - zdradza. Jej mąż też ją najbardziej taką lubi, piękną i zmysłową.

***

Zobacz więcej materiałów z życia gwiazd:


Dowiedz się więcej na temat: Mariola Bojarska-Ferenc

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje