Przejdź na stronę główną Interia.pl

Katarzyna Dowbor poruszona śmiercią bohaterki programu "Nasz nowy dom"

Katarzyna Dowbor (58 l.) bardzo przeżywa śmierć uczestniczki programu "Nasz nowy dom". "Cały czas o niej pamiętam, bo była fajną i trochę zbuntowaną młodą osobą, z którą udało mi nawiązać kontakt" - mówi prowadząca show. Wspomina także ostatnią aferę ze Szczytna, gdzie zniszczony został wyremontowany przez ekipę dom.

Jak pani skomentuje zdarzenie ze Szczytna?

Reklama

Katarzyna Dowbor: - Taka sytuacja wydarzyła się po raz pierwszy i mam nadzieję, po raz ostatni. Nie należy tego generalizować, bo tego czynu dopuścił się jeden człowiek, a nie całe miasto. Ale jest to bardzo przykre.

Za nami ponad sto odcinków programu "Nasz nowy dom".

- Pokazaliśmy ponad sto rodzin i tyle samo historii. Najbardziej boli nas to, gdy widzimy krzywdę dzieci, które są skrzywdzone zarówno przez rodziców, jak i przez rówieśników. Przykre jest też to, jak odchodzą bohaterowie.

To się zdarzyło?

- Nawet kilka razy. Bardzo przeżyłam wiadomość o śmierci jednej z dziewczynek. Cały czas o niej pamiętam, bo była fajną i trochę zbuntowaną młodą osobą, z którą udało mi nawiązać kontakt. Dostałam od jej nauczycielki rudego anioła uszytego ze szmatek, który wisi u mnie na ścianie. I kiedy patrzę na niego, to zawsze pamiętam o Marcie i żałuję, że tak krótko była z nami.

Ten program panią zmienił?

- Wcześniej byłam taka "zakapiorka", której celem było iść do przodu, a ten program nauczył mnie pokory, zastanowienia się nad tym, co powiem i jak powiem, dokonywania mądrych życiowych wyborów. Pokazał, że są rzeczy ważne i mniej ważne. A najmniej ważne jest to, czy stanę na ściance i będę miała nową sukienkę. To nie jest w życiu istotne.

Tarczyca nadal daje się pani we znaki?

- Daje, bo to jest nerwowa praca. Człowiek udaje, że jest w porządku, ale jednak się tym wszystkim przejmuje, więc trochę wariuje moja tarczyca. Ale każdy, kto ma z nią problemy, wie, jak to jest. To są huśtawki: góra - dół, góra - dół. Raz człowiek jest jak patyk, a potem tyje. Trzeba tę chorobę polubić i z nią żyć, bo wyleczyć się nie da.

W tym roku szkolnym Marysia zdaje maturę. Co dalej?

- Przygotowania już ruszyły, więc teraz mamy kolejny stres. Ona chce zdać ją jak najlepiej i pójść na dobre studia. Szykuje się na międzywydziałowe humanistyczne albo na kognitywistykę. Ona jest ambitną dziewczyną.

Przygotowuje się pani do roli podwójnej babci?

- Najbardziej rodzice muszą się do niej przygotować. Babcia to dodatek. Ja nie wtrącam się do młodych i dlatego mamy takie dobre relacje. Oni mają prawo do swoich wyborów, swojego życia, a starsi nie powinni decydować o ich życiu. Nie ingeruję w to, jak oni wychowują swoją córkę, więc i przy drugim dziecku nie będę tego robiła.

Będzie pani pomagała przy wnukach?

- Niestety, jestem mało dyspozycyjną babcią i to mnie trochę martwi. Ale coś za coś. Muszę pracować. Oczywiście wolałabym mieć więcej czasu dla Janki, ale mam nadzieję, że ona woli widzieć babcię uśmiechniętą i zadowoloną niż zrzędzącą. A gdybym nie pracowała, to bym zrzędziła.

Czy widzi pani swoje życie bez telewizji?

- Jestem już 34 lata związana z telewizją, nie widzę życia bez niej. Aczkolwiek wiem, że to się skończy. Myślę, że to już mój ostatni program.

Rozmawiała: Lena Jaret

***

Zobacz więcej materiałów:

Dowiedz się więcej na temat: Katarzyna Dowbor

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje