Przejdź na stronę główną Interia.pl

Grzegorz Stelmaszewski: Odnalazł szczęście, dopiero gdy stał się bezdomny. Nie trwało długo

Choć Grzegorz Stelmaszewski (†54) nie skończył szkoły aktorskiej, był stworzony do grania. Nawet z drugo i trzecioplanowych ról potrafił zrobić prawdziwe perełki. Wystarczy choćby wspomnieć: "Cudne lato", "Edi" czy "Córki dancingu". Gdy stał się bezdomny, los pewnego dnia niespodziewanie się do niego uśmiechnął. Niestety, nie na długo...

Długo obracał się w szemranym towarzystwie, o co na łódzkich Bałutach, gdzie mieszkał, nie było trudno. W złodziejskim fachu był naprawdę dobry. Czasami brak szczęścia sprawiał, że ciepłe łóżko w domu zamieniał na zimną pryczę w więzieniu.

Reklama

Przez 11 lat oglądał świat zza krat. W końcu stracił zadłużone mieszkanie i stał się bezdomny. Wtedy trafił do schroniska Brata Alberta. - Nie mogłem narzekać, bo pracowałem w kuchni. Gotowałem od rana do wieczora - mówił Grzegorz.

Siedmiomiesięczny pobyt w ośrodku dla bezdomnych odmienił jego życie. W 2002 r. pojawił się w nim scenarzysta Wojciech Lepianka, który kręcił film o bezdomnych i zbierał materiały do dramatu "Edi". Stelmaszewski wypadł przed kamerą tak naturalnie, że z miejsca dostał rolę w fabule Piotra Trzaskalskiego.

- Koledzy mówili, że za dzień zdjęciowy płacą sto złotych. Tych dni miało być czternaście. Szybko sobie obliczyłem, że zarobię tysiąc czterysta złotych. Wtedy zrozumiałem, że można żyć inaczej, że nie trzeba kraść - opowiadał.

Gdy film był gotowy, nie pragnął, żeby obejrzała go Grażyna, pielęgniarka ze schroniska. Początkowo nie wierzył, że piękna blondynka, w której się podkochiwał, mogłaby się nim zainteresować. Nie miał pracy, pieniędzy ani perspektyw na przyszłość. Kiedy jednak zaprosił ją do kina, zgodziła się.

- Na szczęście Grzesio okazał się wrażliwym, ciepłym mężczyzną, o jakim czasem myślałam - opowiadała Grażyna, po tym, jak się pobrali. On z kolei mówił, że jest jego aniołem stróżem, opiekuje się nim, wspiera.

- Wyciągnęła mnie z dna. Nauczyła mnie czerpać radość z małych rzeczy - twierdził. Z czasem zaczęło mu się powodzić także zawodowo. Reżyserzy często obsadzali go w charakterystycznych rólkach. Grał gangsterów, alkoholików, bramkarzy i więźniów. Od czasu do czasu imał się różnych zajęć, był np. ochroniarzem w sklepie. Gdy wydawało się, że najgorsze ma już za sobą, dopadło go nieszczęście.

Pod koniec 2016 r. na raka zmarła jego żona. Ta bolesna strata sprawiła, że Grzegorz wpadł w depresję. Coraz gorzej radził sobie z codziennością. W końcu targnął się na swoje życie.

- Jestem wstrząśnięty jego samobójczą śmiercią - powiedział pisarz Ivo Vuco, współautor książki "Złodzirej" o życiu Stelmaszewskiego. To on zawiadomił funkcjonariuszy, zaniepokojony brakiem kontaktu z przyjacielem.

- Chciałbym odnaleźć w życiu spokój i równowagę, skupić się na pracy, nie na jej szukaniu. Może jeszcze kiedyś uda mi się stworzyć prawdziwy dom, do którego będę wracał z chęcią, zakładał kapcie i siadał w fotelu z gazetą w ręku - mówił kiedyś w wywiadzie. To czego pragnął, dostał. Niestety, na krótko.

***

Zobacz więcej materiałów o gwiazdach:

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje