Przejdź na stronę główną Interia.pl

Czubaszek o aborcji: Przynajmniej nie mamy żadnych wnuków

Jest kobietą niezwykłą. Znaną satyryczką i pisarką, która nie boi się mówić tego, co naprawdę myśli i czuje.

Trochę boję się tej rozmowy. Podobno nie lubi pani kobiet...

Reklama

Maria Czubaszek: - Parę lubię. Ale faktycznie, zawsze lepszy kontakt miałam z mężczyznami. Proszę się jednak niczego nie obawiać.

Postaram się sprostać zadaniu. Pani Mario rok dobiegł końca - odczuła pani ulgę, że wreszcie się skończył? Czy może raczej powiew nadziei, a może oczekiwanie na coś nowego?
M.Cz.: - Można czekać na nowe, ale tylko w pani wieku. W moim to już nie za bardzo. Poza tym nie przywiązuję większej wagi do tego magicznego końca roku. Powiem nawet więcej - nie cierpię sylwestra. Poza tym nie wierzę, że moje życie miałoby się odmienić właśnie 31 grudnia.

I zawsze tak było?
M.Cz.: - Od dziecka. W ciągu mojego życia byłam dosłownie na kilku imprezach sylwestrowych. I to też tylko dlatego, żeby nie sprawić przykrości moim najbliższym. Ale ja już tak po prostu mam. Nie obchodzę świąt, urodzin, imienin ani żadnych rocznic. Nawet nie wiem ile już lat jestem z Karolakiem Karolakiem... Nie przywiązuję wagi do takich rzeczy.

To chyba nie ma sensu pytać panią o postanowienia noworoczne?
M.Cz.: - Wiem, że jest taki zwyczaj. Ale ja nigdy nie podejmowałam tego typu zobowiązań. Może dlatego, że mam wyjątkowo słabą silną wolę. Dlatego też nigdy nie obiecywałam sobie, że schudnę, nauczę się języka itp.

Naprawdę? To nietypowe!

M.Cz.: - Przypomniałam sobie! Jeden jedyny raz miałam postanowienie noworoczne. Zaskoczyłam tym nawet swojego męża. Dwa lata temu obiecałam sobie, że... nigdy nie rzucę palenia. I do końca życia będę się tego trzymała. Swoją drogą... mam nadzieję, że to już niedługo.

Pani Mario!

M.Cz.: - Słucham? Nie powiedziałam przecież nic złego. Szczerze mówiąc, to już się nażyłam. Nie chcę przecież żyć 100 lat. Nie trzymam się kurczowo życia. A w ogóle to jestem zwolenniczką eutanazji. Również w przypadku ludzi. Rzecz jasna pod warunkiem, że tego chcą. Nie boję się śmierci...

A w takim razie jest coś czego się pani boi?

M.Cz.: - Tak naprawdę boję się tylko... myszy.

Ale ja pytam poważnie! Naprawdę nie boi się pani wyrażać swoich kontrowersyjnych poglądów?

M.Cz.: - Wie pani co? Między starością i dzieciństwem jest jedno podobieństwo. Zarówno starcom, jak i dzieciom wszystko wolno. Dzieckiem co prawda już nie jestem, ale za to jestem starszą panią, która po prostu mówi to co myśli. Nawet na tak niewygodne tematy jak eutanazja czy aborcja.

Dlaczego tak bardzo nie lubi pani dzieci?

M.Cz.: - Nie wiem. Nigdy ich nie lubiłam, nawet będąc małą dziewczynką. Już wtedy mówiłam, że nie zostanę mamusią. I tak mi zostało. Uważam, że nie każda kobieta musi posiadać instynkt macierzyński. Dziecko to szalenie duża odpowiedzialność. A ja nie traktuję poważnie ani siebie, ani życia, ani tym bardziej nie mogłabym traktować poważnie dziecka. Nie nadaję się do macierzyństwa, tak samo jak do tego, aby zostać kierowcą Formuły 1.

I ani przez chwilę nie żałowała pani tej decyzji?

M.Cz.: - Nigdy! Mój mąż też nie chciał mieć dziecka. Przynajmniej nie mamy żadnych wnuków. I na szczęście nie musimy nikogo niańczyć na stare lata. Ale w mojej rodzinie to normalne. Mojej mamy też nie ciągnęło do dzieci. Urodziła mnie głównie przez wzgląd na mojego ojca oraz na jego wyraźne życzenie.

Nie nadaje się pani na matkę... To może przynajmniej na żonę?

M.Cz.: - Nie jestem tego taka pewna. W końcu to już moje drugie małżeństwo. W pierwszym dosyć szybko okazało się, że nie nadaję się na żonę. Mój pierwszy mąż miał mnóstwo wad. Może gdybym nad nim trochę popracowała, to dalej bylibyśmy razem. Ale ja nigdy nie miałam zdolności wychowawczych. Po prostu obserwowałam jaki on jest i po pewnym czasie doszłam do wniosku, że jest to dla mnie nie do przyjęcia. Rozwiedliśmy się.

Rozumiem, że pani drugi mąż Wojciech Karolak nie ma wad?

M.Cz.: - Ma mnóstwo wad, które każdą normalną kobietę przyprawiłyby o wściekłość. Nie ukrywam, że gdzieś tam w środku chciałabym, aby chociaż trochę się zmienił. Ale mimo wszystko nic w tym kierunku nie robię. Doszłam do wniosku, że lepiej przymknąć oczy na niektóre sprawy. To najlepszy sposób na udany związek. A i tak w przypadku Karolaka jest więcej plusów niż minusów, czego z całą pewnością nie mogłabym powiedzieć o Czubaszku.

Skoro miał tyle minusów, to dlaczego pani się w nim zakochała?

M.Cz.: - To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Po prostu chciałam uciec z domu. Marzyłam o tym, aby wyrwać się od matki, która trzymała mnie naprawdę krótko. Nadarzyła się okazja i z niej skorzystałam. Ale wpadłam z deszczu pod rynnę.

Zmieńmy temat na trochę weselszy. "Każdy szczyt ma swój Czubaszek"?

M.Cz.: - Nie mam pojęcia. Nie znoszę gór i w życiu nie wdrapałam się na żaden szczyt.

Ale za to od lat jest pani na szczycie popularności...

M.Cz.: - I prawie w ogóle nie odpoczywam. To straszne, że na stare lata muszę tak dużo pracować. Nawet w najgorszych snach mi się to nie śniło. Ale z drugiej strony zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że prawdziwym dramatem jest jednak brak pracy. Szczególnie w dzisiejszych czasach.

Proszę mi zatem zdradzić... Słyszałam, że będzie druga część książki o Marii Czubaszek?

M.Cz.: - Do tej pory nie przeczytałam nawet pierwszej. Powiem więcej - wcale nie mam zamiaru tego robić. I Artur Andrus o tym wie. Nie będę przecież czytała o sobie! Jest wiele wartościowszych pozycji o zdecydowanie ciekawszych ludziach. Ale rzeczywiście padła propozycja napisania drugiej części. Artur Andrus wymyślił już nawet, że tym razem będzie to wywiad ze mną i z Karolakiem. Jak do tej pory pomysł kuleje, bo wszyscy jesteśmy w rozjazdach. A to ma być przecież wywiad rzeka. Niestety jak dotąd jest to zaledwie strumyczek. 

Alicja Dopierała

1/2013

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje